Dynie dwie – całkiem różne obydwie

Tegoroczne Halloween już dawno przeszło do historii, za to trochę dłużej była z nami dyskusja na temat wyższości jednego z dwóch przedstawicieli piw sezonowych, warzonych jesienią za Oceanem, a jakie pojawiły się po raz pierwszy w polskich browarach. Mowa rzecz jasna o pumpkin ale, czyli piwie uwarzonym ze znaczącym udziałem dyni jako dodatku niesłodowego. Początki tego stylu ponoć sięgają czasów kolonizacji Ameryki, gdy dzielni pionierzy sięgnęli po dynię jako łatwo dostępne źródło fermentowalnych cukrów. Ludzka pomysłowość nie zna granic, gdy stawką jest zdobycie napoju alkoholowego.
Obecne piwa dyniowe różną się znacząco, gdyż dynia jest tylko dodatkiem do słodów, wraz z solidną porcją wszelakich przypraw, niekoniecznie kojarzących się z piwem – cynamon, imbir, gałka muszkatołowa, goździki, etc. Podejrzewam, że dzięki tak szerokiemu spektrum przypraw piwa te mogą być znacząco różne w zależności od fantazji piwowara. Niestety, nie miałem okazji próbować amerykańskich pierwowzorów i polskie pumpkiny były moim pierwszym kontaktem z tym stylem piwa.

Pint - Dyniamit

Pint – Dyniamit

Pod koniec października premierę miał Dyniamit z Pinty i też to właśnie piwo udało mi się skosztować jako pierwsze. Degustacja miała miejsce w warunkach „knajpianych”, stąd też warunki do degustacji, jak i zdjęcia odbiegały znacząco od idealnych. Jednak intensywny zapach i smak radził sobie całkiem dobrze. Piwo było zdecydowanie mętne, w kolorze nieco pomarańczowe o białej, gęstej i drobnej pianie, mocno oklejającej szkło. W smaku „zgrana” chmielowa goryczka i lekka dyniowa słodycz połączone pikantnością przypraw – goździki, cynamon, wyraźne skojarzenia z piernikiem. Tak naprawdę to przyprawy grają główną rolę w równoważeniu dyniowej słodyczy.

AleBrowar - Naked Mummy

AleBrowar – Naked Mummy

Nieco później zaprezentowana została interpretacja tego stylu w wykonaniu AleBrowaru – Naked Mummy. Niewiele brakowało, a Mumia przeszłaby mi koło nosa, gdyż do lokalnego sklepiku z piwem trafiła tylko jedna skrzynka, na którą obowiązywały zapisy. Na szczęście udało mi się spotkać Mumię w warunkach barowych, dzięki czemu porównanie z Dyniamitem mogło być w miarę obiektywne. Mamy tutaj wyraźnie wyczuwalny aromat amerykańskich chmielów, więc rześko i cytrusowo. Piana co prawda ładna, jasnobeżowa, ale szybko opada do cienkiej warstewki, piwo jest nieco mętne o jasno-herbacianym kolorze. W smaku wyraźnie goryczkowe, początkowa dyniowa słodycz jest dosyć szybko zastąpiona chmielową goryczką, która jest szczególnie mocna w finiszu. Pojawił się również delikatny posmak kojarzący mi się z jakimś lekarstwem.

Dwa piwa w tym samym stylu, a znacząco od siebie różne, Dyniamit jest przyprawowym szaleństwem, pełnym intensywnych smaków niekoniecznie kojarzących się z piwem. Z kolei Naked Mummy wydaje się się być nieco bardziej stonowane i tradycyjnie dla AleBrowaru, skupione na chmielowych smakach. Tak naprawdę jedyną wspólną cechą jest wyczuwalna, słodkawa dyniowość. Które jest lepsze – nie potrafię powiedzieć, ale chyba bardziej spodobała mi się smakowa orgia w wykonaniu Dyniamitu.

Do czego to doszło – Koniec Świata!

To piwo nie mogło być dobre, sami jego twórcy radzili się dobrze zastanowić przed podejściem do niego. Praktycznie nienagazowane, całkowicie mętne, niemalże brejowate, nie warzone z chmielem, no jakie to ma być piwo? To piwo to tradycyjny fiński trunek, zwany sahti, warzony z różnych zbóż lub ich słodów, czasem ponoć fermentowane były nawet chleby wypieczone z tychże zbóż. Jak to niegdyś bywało – fermentowano byle co, byle czym. Czy takie coś współcześnie nadaje się do picia, gdy możemy zastosować zaawansowane technologie przy warzeniu piwa?

Pinta - Koniec Świata

Pinta – Koniec Świata

Okazuje się, że chyba tak, bo nie udało mi się spróbować wersji beczkowej. W Białej Małpie na drugi dzień po premierze nie było nawet resztek, dwie beczki poszły w jeden wieczór. We wrocławskim ZUP-ie pierwsza beczka ponoć pękła w 25 minut, a rozochoceni goście zaraz potem rozprawili się z dwiema kolejnymi. Na szczęście udało mi się kupić to dziwaczne piwo w butelce i mogłem sam sprawdzić czy ten szał w piwiarniach nie był jakimś zbiorowym amokiem.

Nalewamy więc i co? Po pierwsze silny, zdecydowany aromat, bardzo charakterystyczny dla pszenicy – bananowy, fenolowy, dosyć ciężki, jakby z pszenicznego koźlaka. Piana – hm, w przeciwieństwie do zapachu w zasadzie trudno ją zauważyć, tak szybko znika. Kolor jasnobursztynowy, pomarańczowawy. Piwo jest bardzo mętne, w butelce jest spora ilość drożdży piekarskich, które były użyte do fermentacji.

Pinta - Koniec Świata

Pinta – Koniec Świata

Aromat rozwiał trochę początkowe lęki więc z nieco mniejszymi obawami sięgnąłem po pierwszy łyk. Smak pasuje do zapachu – pszeniczny, słodkawy, ciężki, zdecydowanie bananowy, nieco przyprawowy, pod koniec pojawia się nieco cięższy posmak, czyżby jałowiec przez który był filtrowany zacier? Przy finiszu przez moment delikatnie wyczuwalny alkohol. Mimo obaw wynikających z „prymitywnej” receptury piwo okazało się nad wyraz smaczne, do tego bardzo treściwe i naprawdę sycące. W tym przypadku określenie „płynny chleb” jest bardzo na miejscu, 19,1°P zostawiło sporo pożywnej treści.

Bardzo ciekawe i nieco zdradzieckie (doskonale ukryte 7,9% alkoholu) piwo, pozwalające smakowo cofnąć się w czasie i poczuć jak prawdopodobnie smakowały dawne piwa. Bardzo się cieszę, że Pinta odważyła się na taki eksperyment. Życzyłbym sobie, aby co roku szykowali taką niespodziankę, przedstawiając kolejne piwne skamieliny. Mam nadzieję, że tak pozytywne przyjęcie Końca Świata ich do tego zachęci.

Rauchbock – Grand Champion 2012

Od czterech lat, szósty grudnia może kojarzyć się z pojawianiem się w sklepach dobrego piwa uwarzonego w cieszyńskim browarze. Tradycję zapoczątkował w 2009 Bracki Koźlak Dubeltowy, który wybrany został najlepszym piwem Festiwalu Birofilia. Od tamtego czasu rokrocznie zwycięzca żywieckiego festiwalu ma możliwość sprawdzenia swoich umiejętności w zdecydowanie większej skali i uwarzyć piwo według swojej receptury w Browarze Zamkowym.

W tym roku gościnnym piwowarem w Cieszynie został Andrzej Miller i w czasie Brackiej Jesieni uwarzył swojego zwycięskiego Rauchbocka, czyli wędzonego koźlaka. Piwo po blisko trzech miesiącach, rozlane w beczki i butelki miało trafić do sprzedaży dokładnie 6 grudnia o 18:00. Niestety, nie obyło się bez kilku falstartów, które wywołały nieco dyskusji na forach. Szczerze mówiąc to mocno dziwię się ludziom, którzy twierdzą, że nie wiedzieli o określonym terminie rozpoczęcia sprzedaży. Tłumaczenia o braku takiej informacji od przedstawiciela Grupy Żywiec według mnie tylko dodają smaczku, gdyż świadczyłyby o całkowitym braku wiedzy i zainteresowania piwem, które się sprzedaje. Przejdźmy jednak do jaśniejszych stron Grand Championa.

Grand Champion 2012

Grand Champion 2012

Piwo zostało rozlane w półlitrowe butelki (czyli tak, jak zwycięzca sprzed dwóch lat, nad wyraz smaczne Belgijskie Pale Ale) ozdobione bardzo gustownymi etykietami. Główna etykieta owalna, ciemna, dzięki czemu nazwa piwa wypisana białą, stylizowaną na gotycką, czcionką jest bardzo widoczna, nad nią pieczęć Festiwalu Birofilia, na dole podpis piwowara. Na kontretykiecie krótki opis piwa, podane wszystkie słody użyte przy jego produkcji i wyjaśnienie, czym jest Grand Champion. Do tego standardowe informacje – 16°P i 6,5% alkoholu. Wszystko uzupełnione jest gustowną krawatką z rysunkiem Browaru Zamkowego. Ładnie i elegancko.
Co ciekawe, nie pojawia się słowo „wędzony” i wszędzie zastąpione jest przez „dymiony”. Jedynym wytłumaczeniem jakie przychodzi mi do głowy, poza próbą nieco „górnolotnego” opisu jest zachęcenie potencjalnych, niezdecydowanych konsumentów. No bo co to za piwo wędzone? Wędzony to może być ser albo kiełbasa, ale piwo?!

Grand Champion 2012

Grand Champion 2012

No właśnie, jakie jest to piwo? Nalewam do bardzo urokliwego dedykowanego kielicha, czyli sniftera, jeśli ktoś lubi makaronizmy i precyzję, wącham, oglądam, smakuję i okazuje się, że mamy stosunkowo delikatne i zrównoważone piwo, której może się spodobać osobom, które pierwszy raz próbują tego stylu i niekoniecznie muszą doznać ekstazy kosztując Schlenkerli.
Aromat? Delikatny, nie wali w nozdrza dobrze podwędzoną szynka, lecz jest delikatnie słodkawy, nieco alkoholowy, dopiero potem przebija się wędzoność, mogąca faktycznie kojarzyć się z suszoną śliwką. Pod nim dosyć obfita beżowa piana, która niestety bardzo szybko opada do cieniutkiej warstwy, po której wkrótce nie ma śladu. W kolorze bursztynowe, ciemne, w pełni klarowne.
Smak, podobnie do zapachu, łagodny, początek również raczej słodkawy, alkoholowy, karmelowy, dopiero w połowie pojawia się delikatna wędzoność, ponownie możemy się umówić, że nieco śliwkowa. Przyjemnie, delikatnie nagazowane.

Krótko mówiąc, nie jestem znawcą stylu, za wędzonkami nie przepadam, więc mogę w miarę wpasowywać się w „target”, przez co tak delikatny i zrównoważony podwędzony koźlaczek mi odpowiada. Warto spróbować i samemu się przekonać.

Radio Erewań czyli spotkania z ormiańskim piwowarstwem

Jakiś już czas temu, przy okazji wizyty w sklepie zauważyłem ciekawie wyglądające butelki, które przyjechały z dalekiego kraju, raczej nie kojarzącego się z piwowarstwem. Były to piwa browaru Kilikia w stolicy Armenii, Erewaniu. Okolica więc bardziej kojarząca się z winoroślą i winami niż jęczmieniem, chmielem i złocistym napojem. Osobom pamiętającym nieco upolitycznione dowcipy z minionej epoki mogą przyjść na myśl również wiadomości z Radia Erewań.

Piwa Kilikia

Piwa Kilikia

Zdecydowałem się na zakup trzech piw spośród sześciu dostępnych w sklepie i wybrałem dla siebie dwa jasne piwa nazwane Celebratory (13° Plato, 5,3% alk) i Elitar (14° Plato, 5,6% alk) oraz jedyne ciemne w ofercie tego browaru – Dark (12° Plato, 4,4% alk). W przypadku ciemnego piwa mała ciekawostka, zarówno oryginalna etykieta jak i strona producenta podają zawartość alkoholu na poziomie 4,4%, podczas gdy importer podaje 4,8%.

Piwa Kilikia

Piwa Kilikia

Wszystkie piwa rozlane są do takich samych, zielonych butelek o ładnym, raczej niespotykanym kształcie z wytłoczoną nazwą i logo browaru. Etykiety estetyczne, o jednolitej szacie graficznej, każda ozdobiona logo browaru i napisami ormiańskim alfabetem. Kontretykiety zawierają wszystkie podstawowe informacje – ekstrakt, zawartość alkoholu oraz coś co wygląda na „informacje żywieniowe”. Niestety, do pewności mi daleko, gdyż wszystkie te informacje podane są po ormiańsku. Opakowania jednak odstawmy na bok i zajmijmy się zawartością.

Kilikia - Elitar

Kilikia – Elitar

Swoją przygodę z ormiańskim piwem zacząłem od Elitara, który uraczył mnie niezbyt zachęcającym aromatem, kojarzącym się z typową słodowością, jakże charakterystyczną dla koncernów, lekko kwaśnawą i z czymś co mi się kojarzyło z delikatnym zapachem miodu. Piana całkiem ładna, biała, średnio obfita, drobna z większymi pęcherzykami, szybko opadająca, ale pozostawiająca ślady na ściankach. Kolor złoty, widoczne drobne cząstki zawieszone w piwie, poza tym klarowne.
Smak niestety podobny do zapachu – początkowo wyraźna i dosyć mocna słodowa słodycz, ponownie jakieś ślady miodu, po chwili słodkości zanikają i przebija się niezbyt przyjemna chmielowa goryczka. Nad wszystkim dominuje charakterystyczny, „ścierowy” posmak. Ogólnie bardzo słabe piwo.

Kilikia - Celebratory

Kilikia – Celebratory

Następna runda to Kilikia Celebratory – zobaczmy co będziemy świętować. Zapach niemal taki sam jak w Elitarze, nieco bardziej wodnisty, mokry, ścierowy, ani śladu po obiecywanym na stronie browaru „pronounced hop aroma”. Piana bardzo podobna, nieco bardziej jednorodna, pozostałe cechy takie same. Kolor raczej ciemnego złota, zauważalnie ciemniejszy niż w Elitarze, klarowne, jednak podobnie jak we wcześniejszym piwie, widoczne są drobinki wiszące w piwie.
Smak okropny – słodkawo-kwaśne, cierpkawo-goryczkowe, fuzlowe, zatęchłe. Wybitny przedstawiciel piwa kanałowego – po pierwszym łyku następuje drugi, bo ciężko uwierzyć w pierwsze wrażenia, a potem piwo wędruje do kanalizacji.

Kilikia - Dark

Kilikia – Dark

Przychodzi kolej na ostatniego przybysza z dalekiego kraju – Kilika Dark. Zapach lekko ciemnosłodowy, zbożowy, kwaskowo-kawowy, nieco jakby owocowy. Piana nieco ciemniejsza, zachowuje się tak samo jak w poprzednich dwóch piwach. Kolor całkiem przyjemny, ciemnobursztynowy, tym razem wygląda na w pełni klarowne.
W smaku niestety niewiele lepiej – płasko, kwaskowo, bez żadnych konkretów, trochę karmelu, nieco goryczki w finiszu. Bardzo słabo, żadnej przyjemności, szkoda się męczyć.

Niestety, albo erewańscy piwowarzy są równie nierzetelni jak dziennikarze fikcyjnej rozgłośni z tego samego miasta, albo ktoś nie przyłożył się odpowiednio do transportu i przechowywania ich wyrobu na drodze do Polski. Tak kiepskie smaki sugerowałyby, że piwo dotarło zepsute, bo naprawdę trudno mi uwierzyć, aby ktoś był w stanie sprzedawać aż tak kiepski wyrób.

Stare piwo – czyli cicha niespodzianka

Tuż po głośnej premierze Dyniamitu, Pinta po cichu wypuściła nieco bardziej tradycyjne i bliższe nam geograficznie piwo – „Stare ale jare”. Jest to Altbier, czyli piwo charakterystyczne dla Düsseldorfu i okolic, jedno z niewielu tradycyjnie niemieckich piw typu ale i żywa skamielina z czasów, kiedy niemiecki krajobraz piwny nie był zdominowany przez wszelkiej maści lagery, a Altbier nazywał się po prostu Bier.

Jak na ale’a warzone jest dosyć nietypowo, bo fermentacja prowadzona jest w stosunkowo niskich temperaturach (13° do 19°C) i następuje po niej, charakterystyczny dla lagerów, długi okres (do dwóch miesięcy) leżakowania w niskiej temperaturze. W efekcie powstaje piwo o smaku czystszym niż typowi przedstawiciele piw górnofermentacyjnych.

Pinta - Stare ale jare

Pinta – Stare ale jare

Pintowa interpretacja tego stylu jest jego sezonową odmianą, warzoną tylko dwa razy do roku i odszpuntowywaną zwykle jesienią i zimą. Jest ono „bardziej” pod każdym względem od swojej standardowej wersji – mocniejsze, ciemniejsze, bardziej słodowe, mocniej chmielone, etc. Odmiana ta, w zależności od browaru, który ją warzy nazywa się „Sticke” lub „Latzenbier”, a Pinta wybrała tę pierwszą nazwę dla swojego produktu. Standardową wersję Altbiera piłem dobrych parę lat temu, na tyle dawno, że degustując „Stare ale jare” nawet nie próbowałem go porównywać do standardowej wersji.

Pinta - Stare ale jare

Pinta – Stare ale jare

Aromat jest silnie słodowy, lekko chlebowy, „skórkowy”, nieco metaliczny i delikatnie chmielowy, trawiasty. Piana niestety bardzo skromna, delikatnie zabarwiona, nierównomierna, szybko zanika do wianuszka, który jednak pozostawia ślady na ściankach kufla. Barwa ciemnobursztynowa, z miedzianym odcieniem, w pełni klarowne.
Smak ciekawy, dosyć złożony, wyraźnie goryczkowy, chmielowy od samego początku, jednak z mocną, wyraźną słodowością, ciemną, złożoną. Co ciekawe, słodowość sprawia wrażenie jakby była „nad” chmielem, dodatkiem, a nie podstawą. Goryczka trawiasto-żywiczna, nieco zalegająca. Nasycenie raczej delikatne, wyczuwalna lekka żelazistość, raczej nie od chmielu.

Podsumowując, piwo naprawdę przyjemne, aczkolwiek nic nie urywa. Niemniej, bardzo się cieszę, że Pinta warzy dobre piwa również w mniej ekstrawaganckich stylach. Były style imperialne, są też bardzo spokojne jak właśnie niemiecki Altbier czy brytyjski bitter. Prawdziwą sztuką jest uwarzyć dobre piwo w tak „nudnych” stylach.