Wyścig piwnych zbrojeń

Jedna z amerykańskich telewizji rozpoczęła niedawno nadawanie serialu poświęconego piwowarstwu rzemieślniczemu – Brew Dogs. Dwóch przedstawicieli szkockiego browaru Brew Dog przemierza Stany Zjednoczone warząc piwo we współpracy z browarami, które odwiedzają po drodze. A browary to nie byle jakie, zaczęło się od Stone Brewing, ciekawe na czym się skończy.

Już sam fakt powstania serialu o piwie wiele mówi o kondycji piwowarstwa w USA. Natomiast pierwsze dwa odcinki pomogły mi sprecyzować myśli, jakie krążyły mi po głowie już od jakiegoś czasu i usiłowały przebić się do świadomości. Jak daleko piwowarzy są w stanie się posunąć w specyficznym wyścigu o to, kto jest bardziej niezależny, nowatorski, czy też kto może pochwalić się większym „duchem craft„? Szkoci zbierają mgłę na wodę do uwarzenia piwa w otwartej beczce na dachu lokalnego browaru, czy też poławiają wodorosty i warzą z nimi piwo w pociągu na trasie między San Francisco a Los Angeles.

Chmiel będący swego rodzaju symbolem piwnej rewolucji, czyli Cascade, został po raz pierwszy użyty na większą skalę w latach 70-tych ubiegłego wieku. W latach 80-tych niemal całkowicie zlikwidowano jego uprawy, a teraz jest najlepiej sprzedającym się amerykańskim chmielem aromatycznym. Jak by nie liczyć to jakieś 40 lat historii. Potem było już tylko szybciej. Citra, kolejna odmiana z klasycznej już, amerykańskiej wielkiej trójki C, zaczęła być komercyjnie stosowana na początku tego wieku. Ledwie 10 lat, aby osiągnąć status klasyka. Pierwsze piwa chmielone odmianami hodowanymi na południowej półkuli, o bardzo ciekawych aromatach (winne, tropikalne) i nazwach (Motueka, Riwaka, Wakatu) pojawiły się zaledwie parę lat temu i zdążyły stać się „ostatnim krzykiem mody”. Każdy chce lub może już nawet chciał się pochwalić piwem z tymi chmielami.

Podobnie rzecz ma się ze stylami, 30 lat temu w kolebce piwnej rewolucji, prawdziwym hitem był stary, nudny angielski pale ale, mocno nachmielony wówczas nietypowymi, amerykańskimi chmielami. Potem nastąpiło ponowne odkrycie kolejnego starego stylu, czyli India Pale Ale, bez którego żaden browar nie może uważać się za rzemieślniczy. IPA co prawda nadal nie została zdetronizowana i raczej szybko się na to nie zanosi, ale karuzela stylów przyspieszyła – portery, brown ales, piwa leżakowane w beczkach, belgijskie „dziwactwa”. Do tego „podkręcanie” na nowo odkrytych stylów i nadawanie im przydomku imperial – IPA, porter, pilzner. Ciekaw jestem czy jest jakiś styl, który uchował przed uwarzeniem go z potężnym dodatkiem chmielu lub absurdalnie wysokim procentem zawartości alkoholu.

Na razie wyścig przyspiesza, nie widać mety. Z jednej strony bardzo się z tego cieszę – to, co powstaje w jego efekcie zwykle bardzo mi się podoba. Z drugiej, to raczej nie może nie mieć końca. Czy po dotarciu do ściany za jakiś czas możemy oczekiwać powrotu do korzeni i zachwytu nad prostotą niektórych stylów? A może jednak piwowarska kreatywność nie zna granic i bez końca będziemy cieszyć się kolejnymi wynalazkami?

Kolejne zwierzaki z Widawy

Poprzedni rok „kolaboranci z Widawy” zakończyli Sępem czyli piwem, które wg wielu osób nie mogło być dobre. I o ile można było się spierać nad przydatnością diacetylu jako wskaźnika nieudaczności piwowara i czynnika całkowicie dyskwalifikującego piwo to Sępa wypiłem ze smakiem. Może trafiły mi się butelki z „lepszego rozlewu”… Przenieśmy się jednak już do 2013 i pierwszej premiery w Widawie czyli kolejnego zwierzaka, tym razem zamiast latającego padlinożercy mamy pływającego drapieżnika – Orkę.

Widawa - Orka

Widawa – Orka

Orka czyli jak twórcy twierdzą to Cascadian Dark Ale czyli coś co inni lubią nazywać Black IPA. Spory nomenklaturowe na bok, zajmijmy się ważniejszymi sprawami. Orka ma wyraźnie chmielowy aromat, raczej żywiczno-iglasty, z wyraźnym podkładem czekoladowo-palonym. Niezbyt obfita, ale ładna, beżowa, o drobnych pęcherzykach piana. Opada niestety do cieniutkiej warstewki. Kolor to głęboka czerń, praktyczne nieprzejrzysta, z ledwo zauważalnymi brunatno-rubinowymi prześwitami na krawędziach. Smak, jak na kolaborantów, zaskakująco zrównoważony. Wyraźna i zdecydowana żywiczna chmielowość, do tego równolegle kawowość, paloność, odrobina gorzkiej czekolady. Bardzo długi finisz, po chwili pojawia się chyba odrobina alkoholu, żywiczność i paloność ciągle obecne, które pozostają już do samego końca, przeplatając się na języku. Słabo nasycone, lekkie na języku, bardzo smaczne i przyjemne. Chyba pierwsze, tak dobrze zrównoważone piwo sygnowane przez kolaborantów jakie piłem.

Widawa - Borsuk

Widawa – Borsuk

Mniej więcej w tym samym czasie pojawił się w kolejnej odsłonie inny zwierzak. Borsuk czyli wędzony porter pojawił się po raz pierwszy na cieszyńskiej Brackiej Jesieni, kiedy to sprawiło mi bardzo miłą smakową niespodziankę po bardzo jednowymiarowym Sharku. Nowa warka to zdecydowanie bardziej wędzony zapach, drzewno-boczkowy, nieco popiołu. Do tego beżowa, średnio obfita piana, dosyć drobna, opada do trwałego kożuszka. Kolor czarny, nieco jaśniejsze przebłyski niż w Orce, bardziej brunatno-brązowe niż rubinowe.
W smaku dominuje popiół, potem nieco wędzonki, a dopiero na samym końcu jakieś skojarzenia z porterem – gorzka czekolada, odrobina kawy. Zbyt wędzone, zbyt palone, zbyt wytrawne i „wodniste”. Niezbalansowane i nie pasuje mi do wędzonego porteru, bliżej mu do Schlenkerli jakiejś – pierwsza warka była zdecydowane lepsza.

Dwa piwa i zupełnie różne wrażenia. Orka to bardzo przyjemne piwo, wpasowujące się w mój gust, nowy Borsuk obarczony jest niestety najczęstszym grzechem widawskich zwierzaków – brak równowagi i zbytnia dominacja jednego smaku nad całością.

Niespodzianki z Purity Brewing

Delegacje można lubić lub nie z bardzo różnych powodów. Mój stosunek do wyjazdów służbowych jest mieszany – mają swoje gorsze i lepsze strony. Do tych drugich należy możliwość dokonania prawdziwych piwnych odkryć w ich „naturalnym habitacie”. Kolejną okazję do takich odkryć miałem kilka tygodni temu, gdy wola pracodawcy rzuciła mnie w hrabstwo Warwickshire, gdzie działa browar Purity.

Gdy wśród lanych danego dnia guest ales nie rozpoznaje się żadnego browaru to można spodziewać się wszystkiego – Pure Ubu jakie trafiło mi się w jeden z wieczorów należało do bardzo przyjemnych niespodzianek. Co prawda nie pierwszy rzut oka nie zachwycało – piana bardzo przeciętna, szybko opadała bez żadnych śladów, kolor już nieco bardziej cieszący oko – przyjemny bursztyn, nieco herbaciany. Wrażenia węchowe i smakowe jednak sprawiły, że pozostałem przy tym piwie już do końca wieczoru. Aromat delikatnie chmielowy, nieco żywiczny, smak to wyraźne owoce, nieco egzotyki i iglastości, zdecydowana goryczka bardzo przyjemnie skontrowane wyraźną słodowością.

Tak przyjemnie rozpoczętą znajomość z browarem Purity udało mi się przedłużyć tuż przed powrotem do kraju, gdy w jednym z barów na lotnisku w Birmingham zauważyłem pompy z pozostałymi produktami browaru. Ze względu na okoliczności wybór padł na najsłabszego alkoholowo przedstawiciela czyli Pure Gold (3,8%), a Mad Goose (4,2%) musi niestety zaczekać do kolejnej wizyty. Wróćmy jednak do Pure Gold i wrażeń jakie mi zaoferowało. Tym razem mogłem nacieszyć oko solidną białą pianą, o równych drobnych pęcherzykach, która jak przystało na porządne angielskie ale konsystencją mogłaby zawstydzić bitą śmietanę. Do tego jasno złoty kolor i delikatnie kwiatowy i owocowy aromat. W smaku wyraźnie, długo i przyjemnie goryczkowe z lekką słodową podstawą przez cały czas pozostającą na drugim planie. W tej przyjemnej goryczce wyczuwalna delikatna owocowość, kojarząca mi się z chmielem Goldings. Smak bardzo czysty, zdecydowanie wytrawny, do tego bardzo słabe nagazowania sprawia, że piwo jest bardzo pijalne, a na pożegnanie zostawia nam ładnie ozdobioną szklankę charakterystyczną koronką.

Podsumowując dosyć przypadkowe spotkanie z browarem Purity uważam za niezwykle udane i mam nadzieję, że będę miał okazję sprawdzić czy Szalona Gęś, którą pozostawiłem na lotnisku, nie odstaje od pozostałych piw. Przy okazji potwierdzałaby się obserwacja, że dobre piwo ma wiele wspólnego z psami – również w tym browarze znajdziemy psa i to jego imię nosi najbardziej zdecydowany produkt czyli Pure UBU.

For the Love of Hops

Kwitek

Kwitek

Pod koniec zeszłego roku znalazłem w skrzynce maila o intrygującym temacie „Hop Quiz Winner”. Faktycznie, przypomniałem sobie, jakiś czas temu wypełniałem „chmielowy quiz” na stronach Amerykańskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych, związany z publikacją nowej pozycji z serii „Brewing Elements” poświęconej chmielowi. Nie spodziewałem się jednak, że tak to się skończy, szczególnie gdy po krótkiej wymianie mailowej okazało się, że nie ma problemu z wysyłką nagrody, czyli właśnie nowej książki za ocean, do Polski. W ten oto sposób, trafiła do mnie bardzo szczegółowa pozycja o chmielu, powiększając moją skromną piwną biblioteczkę.

For the Love of Hops

For the Love of Hops

For the Love of Hops to ponad 300 stron, 10 rozdziałów i 105 szczegółowo opisanych gatunków chmielu. Na tych stronach autor podaje nam bardzo wiele szczegółowych informacji. Zaczyna od podstaw czyli chmielowej chemii, opisując związki odpowiedzialne za aromaty obecne w piwie oraz to jak różnie te zapachy mogą być odczuwane przez różne osoby. Opisuje historię i skomplikowane regulacje prawne w czasach, gdy chmiel konkurował z ziołami, wspomina o powodach religijno-ekonomicznych, które miały wpływ na przeważenie szali na korzyść chmielu. Przedstawia sposób hodowli oraz badania prowadzące do wprowadzenia na rynek nowych odmian. Wspomina o przetwórstwie chmielu i różnych postaciach pod jakimi jest używany w produkcji piwa. Wszystko to dokładnie i szczegółowo – a to wpływ miejsca uprawy na aromaty oferowane przez chmiel, różnice między granulatem T90 a T45, czy też opis powinowactwa genetycznego między różnymi odmianami.

Na szczęście te zdawałoby się suche detale są przeplatane opowieściami snutymi przez hodowców i piwowarów, anegdotami oraz barwnymi szczegółami. Dzięki temu obszerny i skomplikowany temat podany jest w ciekawy i atrakcyjny sposób, sprawiający, że lektura nie przypomina studiowania akademickich opracowań. Niemniej, nawet mimo tego, zdecydowanie nie jest to książka dla każdego. Wydaje mi się, że najbardziej będzie przydatna piwowarom, dzięki zarówno dokładnemu opisowi aktualnie uprawianych odmian, jak i omówieniu wyników badań nad różnymi metodami chmielenia. W dalszej kolejności spodobać się może piwnym geekom, którzy chcą i lubią więcej wiedzieć, nie tyle nawet o piwie, co o jego składnikach i produkcji.

Komesa trzy razy, proszę!

Grudzień zeszłego roku był bardzo trudnym okresem – co weekend premiera z browarów rzemieślniczych, regionalni gracze też rzucili co nieco na rynek, a do tego nawet koncerny zaczęły warzyć seasonal beers czy też po naszemu – piwa okazjonalne. Naprawdę, zarówno portfel jak i wątroba mogły solidnie ucierpieć.

W to szaleństwo włączył się też browar Fortuna, który zaoferował nam pod koniec roku bardzo zacny zestaw trzech Komesów, do którego dla chętnych dorzucał stylowe szkło – solidny, półlitrowy puchar (wreszcie będzie w co wlewać krzepkie domowe piwa z półlitrowych butelek). Puchar to miły dodatek, ale co mamy w zestawie? Poza znanym i lubianym porterem bałtyckim mamy dwóch przedstawicieli belgijskiej tradycji – Komes Podwójny Ciemny, czyli chyba drugi na polskim rynku dubbel oraz swojsko nazwany tripel – Komes Potrójny Złoty.

Wszystkie trzy piwa to przedstawiciele stylów należących do smakowej wagi przynajmniej średniej, do tego alkoholowo również do ułomków nie należą, więc stanowią nie lada wyzwanie przy degustacji. Do tego dochodzi jeszcze ważniejsza kwestia, a mianowicie wiek tak mocnego piwa. O ile nie każde piwo zyskuje z wiekiem o tyle są piwa, które zbyt młode nie będą w stanie rozwinąć w pełni skrzydeł. Browar Fortuna w pełni tego świadom, zachęca do przetrzymania butelek w bezpiecznym miejscu i ustawia okres przydatności do spożycia na 18 miesięcy. Mając to wszystko na uwadze rozłożyłem sobie degustację w czasie nie dość, że podszedłem do Komesów na raty, to również jeden komplet zachomikowałem na lepsze czasy.

Komes - Dubbel

Komes – Dubbel

Zacznijmy od dubbla, czyli Komesa Podwójnego (15°P, 7% alk.) – w aromacie wyraźny ciemny słód, karmelowość, lekka cierpkawość i owocowość, a do tego wszystkiego delikatnie wyczuwalny alkohol. Piana niemal biała, raczej skromna, dosyć szybko opadła do cienkiej obrączki. Wrażenia optyczne znacząco poprawia bardzo ładny, rubinowy kolor. W smaku już bardziej wyczuwalny alkohol, karmelowa słodowość, nieco delikatnej paloności i coś jakby posmaki kojarzące się z orzeszkami koli (?). Po ogrzaniu, o które nie trudno, w końcu takie piwo pije się raczej niespiesznie, zdecydowanie zbyt słodkie i kleiste. Mam wrażenie, że jest na poziomie przeciętnego belgijskiego klasztorniaka.

Komes - Tripel

Komes – Tripel

Kolejny zawodnik czyli Potrójny Złoty, zgodnie z wymaganiami stylu jest zdecydowanie mocniejszy, bo przygotowany z brzeczki o zawartości ekstraktu na poziomie 19°P co dało solidne 9% alkoholu, czyli całkiem rozsądne odfermentowanie. Tym razem zapach jest bardzo charakterystyczny i nie do pomylenia – kwiatowy, nieco miodowy, słodkawo-słodowy, z wyczuwalnym alkoholem. Do tego biała piana, o takich samych cechach jak w Podwójnym. Tym razem kolor, zgodnie z nazwą to ładne, ciemne złoto. Smak w pełni zgodny z zapachem, jednoznacznie przywołujący belgijskie skojarzenia – kwiaty, słodowość, niestety, nieco zbyt wyraźna obecność alkoholu, z którego po ogrzaniu zaczynają wychodzić rozpuszczalnikowe posmaki.

Komes - Porter

Komes – Porter

Na sam koniec został nam bliższy geograficznie styl czyli Porter Bałtycki o najbardziej imponujących parametrach z całej trójki – 21°P i 9% alkoholu. W zapachu wyraźnie wyczuwalna spalenizna ciemnych słodów, nieco kawy, a do tego wyraźny alkohol. Piana tym razem jest ciemnobeżowa i obfita, szybko zanikająca do cienkiego wianuszka. Piwo jest smoliście czarne, bez najmniejszych przebłysków koloru, nawet pod silne światło. Smak, podobnie jak zapach jest zdominowany przez silną spaleniznę obecną od samego początku, zyskującą tylko na sile, aż do finiszu. Ten silny smak jest nieco łagodzony przez pozostałości słodyczy i nieco gładkiego alkoholu. Stosunkowo mocno nagazowane i sprawiające wrażenie dziwnie „rzadkiego”.

Podsumowując, mam wrażenie, że każdy z Komesów ma spory potencjał, ale na tę chwilę żaden nie powala jakością. Liczę, że są to jeszcze zbyt młode piwa i po prostu wymagają czasu, aby wszystkie smaki nieco się ułożyły i wygładziły. Nie mam doświadczenia z leżakowaniem piw przefiltrowanych, pozbawionych drożdży w butelce (taki jest Porter) i mam nadzieję, że mogę spodziewać się zauważalnych zmian w smaku. W przypadku Podwójnego i Potrójnego oczekuję znaczących i pozytywnych zmian w smaku jako, że zgodnie z zapewnieniami Fortuny oba są refermentowane w butelce, więc drożdże mogą nadal po cichu pracować nad smakiem piwa. Tak więc, trzech Komesów musi cierpliwie poczekać na kolejną degustację co najmniej rok.