Doświadczenie niepotrzebne?

Przyglądam się z boku jak w Katowicach powstaje kolejny lokal mający serwować ciekawe piwa. Podglądam na fejsiku zdjęcia ilustrujące problemy z jakimi borykają się w trakcie remontu lokalu i trzymam kciuki, aby bez zbędnych opóźnień napełnili pierwsze noniki, pokale i sniftery. Ostatnio pojawił się jednak pewien zgrzyt, który wywołał we mnie lekki niepokój – rozpoczęły się poszukiwania załogi. Ogłoszenie zawierało następujące stwierdzenie:

Nie wymagamy doświadczenia, a jedynie dyspozycyjności i chęci do pracy. Jeśli wiec lubisz piwo, kontakt z ludźmi, a przy okazji szukasz pracy to jest to oferta właśnie dla Ciebie.

No i świetnie! Optymistycznie zakładam, że piszą o doświadczeniu barmańskim, a w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej sprawdzą piwne „opicie” kandydatek i kandydatów, w przeciwnym razie czarno widzę „odkrywanie z nimi swoich ulubionych smaków piwa”, jak piszą na swojej facebookowej stronie.

Ciekaw jestem jak będzie zmieniać się sytuacja wraz z rozwojem piwnego rynku w Polsce. Możemy spojrzeć w kierunku USA, które często służą jako wyznacznik kierunku, w którym zmierza nasza lokalna piwna rewolucja. Otóż w 2007 roku powstał tam specjalny program szkoleniowy mający być odpowiednikiem szkoleń i certyfikatów dla Sommelierów ze świata win. „Piwny sommelier” został nazwany Cicerone, czyli – przewodnik, jako że zamierzeniem było przygotowanie nie piwnych ekspertów i snobów, ale przewodników prowadzących konsumentów do nowych doświadczeń w świecie piwa. Przewodnicy podzieleni są na trzy poziomy wtajemniczenia, od Certified Beer Server przez Certified Cicerone do Master Cicerone. Program zdobył na tyle dużą popularność, że w tej chwili już ponad 44 tysiące osób zdobyło pierwszy certyfikat, który potwierdza wiedzę z zakresu przechowywania i serwowania piwa, rozeznania w piwnych stylach oraz podstawową wiedzę o degustacji piwa oraz procesie warzenia i surowcach w nim użytych. Sam certyfikat zaczął być swego rodzaju przepustką do szeroko pojętego piwnego przemysłu. Część lokali nawet wymaga właśnie takiego potwierdzenia piwnej wiedzy od kandydatów na pracowników.

Mocno liczę, że będziemy zmierzać w tym kierunku. O ile nie oczekuję certyfikowanych barmanów, to chciałbym jednak, aby za barem stała kompetentna osoba, co niestety nie jest jeszcze oczywiste. Nie tak dawno w jednym z katowickich lokali piwnych barman twierdził, że piwo na słodach wędzonych musi mieć specyficzny zapach. O ile faktycznie zapach takiego piwa jest specyficzny to śmiem jednak wątpić, czy powinien jednoznacznie kojarzyć się z kanalizacją, tak jak to miało wtedy miejsce. Z kolei autor bloga The Beervault miał wątpliwą przyjemność spotkać barmanów tak bardzo uwielbiających belgijskie drożdże, że zmuszają swoich klientów do wypicia ich razem z piwem. Nieodparcie nasuwa mi się zdanie z reklamy tegoż programu szkoleniowego: I want a beer server who knows more about beer than I do. I tego sobie właśnie życzę!

Piwa świąteczne – krótki przegląd

Niewiele ponad 100 lat temu, do czasu zastosowania sztucznego chłodzenia na dużą skalę, warzenie piwa było uzależnione od panującej pogody. Zależność ta, wraz z różnymi potrzebami w ciągu roku, w naturalny sposób wymuszała sezonowość w pracy piwowarów. Chłodniejsze pory roku pozwalały na prowadzenie fermentacji w niskich temperaturach, minimalizowały ryzyko infekcji. Z kolei latem potrzebne były słabsze, gaszące pragnienie piwa, a zimowe wieczory wymagały mocniejszych, rozgrzewających piw. Za to najlepsze surowce dostępne były jesienią.
Teraz warzenie piw sezonowych podyktowane jest konsumenckimi oczekiwaniami w ciągu roku oraz pozwala browarom poszerzać swoją ofertę, gdy do stałych pozycji w swoich portfolio dodają piwa warzone okazjonalnie, w niedużych partiach. W Europie okresem kiedy pojawia się największa ilość piw sezonowych jest chyba końcówka roku, kiedy browary wypuszczają wszelakie piwa świąteczne. W zeszłym roku pojawiło się kilka piw wprost nazwanych świątecznymi z mniejszych browarów – Czarnków, AleBrowar, Widawa, etc. Za to w tym roku mieliśmy już prawdziwy wysyp piw świątecznych, do którego przyłożyło się nawet dwóch dużych graczy – Kompania Piwowarska i Carlsberg Polska.

Przegląd piw świątecznych

Przegląd piw świątecznych

Co prawda piwo świąteczne jako styl jest zdefiniowane bardzo szeroko i w jego granicach mogą zmieścić się bardzo różne piwa, jednakże jeśli piję piwo świąteczne to oczekuję, że będzie ono nieco mocniejsze, jak przystało na winter warmera – rozgrzewające, słodkawe, a do tego aromaty i smaki kojarzące się ze świętami – piernikowe, cynamonowe, czekoladowe. Spośród kilku tegorocznych piw świątecznych, jakie spróbowałem całkiem sporo nie wpasowało się w moje oczekiwania.

 	Książęce - Burgundowe

Książęce – Burgundowe

Książęce Burgundowe, kolejny element Tyskich Specjalności to piwna propozycja KP na jesienno-zimowe wieczory, ponoć uwarzona z dodatkiem owoców dzikiej róży. Niestety, piwo ani nie rozgrzewa ani nie jest smaczne – zarówno w smaku jak i zapachu pojawia się delikatna miodowość i karmelowe nuty. Do tego w smaku dochodzi charakterystyczny słodkawy posmak eurolagerów i wyraźny cierpkawo-ściągający posmak, szczególnie wyraźny w finiszu. Największa zaletą jest kolor – ładny, brunatno-czerwony. Niestety strona wizualna ucierpiała z powodu bardzo nietrwałej piany o nierównych pęcherzykach.

 Okocim - Świąteczne

Okocim – Świąteczne

Z kolei okocimskie Piwo Świąteczne należy do serii piw sezonowych i było nieco przyjemniejszym doświadczeniem niż Burgundowe. W zapachu słodko-przyprawowe z wyczuwalną gałką muszkatołową i odrobiną wiśni. Do tego skromna i nietrwała, jasno-beżowa piana i ładny, brązowy z czerwonawym odcieniem kolor. Z kolei w smaku wyraźnie słodkie, lekko cierpkawe, przywołujące skojarzenia z wiśniami, nieco przyprawowe. Cierpkość wyraźniejsza w finiszu, wymieszana z goryczką, pozostawia nieprzyjemny posmak wraz z wyraźnie wyczuwalnym i rozgrzewającym alkoholem. Lepsze od Burgundowego, ale nadal dalekie od przyjemności.

Kolejne dwa piwa, co ciekawe, pochodzą z dwóch niedużych browarów, w których warzą swoje piwa dwa najbardziej znane polskie browary kontraktowe – chodzi o Browar Na Jurze i Browar Gościszewo. Wygląda jakby oba browary ośmielone sukcesami Pinty i AleBrowaru postanowiły spróbować swoich sił w piwach świątecznych.

Jurajskie Świąteczne

Jurajskie Świąteczne

Jurajskie Świąteczne zostało uwarzone w Browarze na Jurze z dodatkiem kakao, chili i miodu, ze stosunkowo wysoką zawartością ekstraktu (16,5°) i płytkim odfermentowaniem, które w rezultacie dało 5,6% alkoholu. W zapachu mamy wyraźny, słodki aromat czekolady oraz chyba odrobinę zapachów miodu gryczanego. Do tego średnio obfita, nierównomierna brązowa piana, która niestety dosyć szybko opadła. W kolorze praktycznie czarne i nieprzejrzyste. W smaku pełne, ponownie wyraźnie czekoladowe i pikantne, nieco miodowe, w finiszu długo czekoladowe i ostre. Średnio nasycone, wyraźnie ostre, słodowe i miodowe posmaki praktycznie niewyczuwalne i stłamszone przez czekoladę i paprykę. Przez tak wyraźne smaki nie kojarzy się z piwem lecz raczej rozcieńczoną gorącą czekoladą z chili.

Gościszewo - Świąteczne

Gościszewo – Świąteczne

Browar Gościszewo nazwał swoje świąteczne piwo w dosyć jednoznaczny sposób – „Wesołych Świąt”. Podobnie ekstraktywne jak Jurajskie Świąteczne (16°), ale wyraźnie głębiej odfermentowane i mocniejsze – 6,5% alkoholu. W zapachu wyraźnie słodowy i czekoladowy aromat, nieco karmelu i lekko wyczuwalny chmiel wraz z odrobiną maślaności. Piana skromna, szybko opadająca, beżowa. W kolorze brunatne, praktycznie nieprzejrzyste. W smaku początkowo lekko palone, przechodzi w nieco delikatniejszą karmelowość, kończąc gorzką czekoladą wymieszaną z przyprawami (gałka muszkatołowa, może wanilia) i akceptowalną, niską maślanością. Umiarkowanie wysycone, średnio pełne, z czekoladową goryczką pochodzącą ze słodów, o wytrawnym, lekkim finiszu. Bardzo przyjemne piwo, wpasowujące się swoimi smakami w moje wyobrażenie piwa świątecznego.

Widawa - Świąteczne

Widawa – Świąteczne

Kolejne piwo, nazwane wprost Świątecznym, uwarzone zostało przez najmniejszy browar w tym zestawieniu – Widawę. W zapachu wyraźne palone i wędzone słody, odrobina popiołu i bardzo wyraźna maślaność, co w sumie utworzyło bardzo nieprzyjemne zestawienie. Do tego czarny kolor i obfita brązowa piana o nierównych pęcherzykach. W smaku ponownie głównie paloność i wędzoność słodów wymieszana z wyraźną i mocną maślanością, która sprawia też, że piwo jest przyjemnie gładkie. Goryczka pochodząca z palonych słodów, wytrawny finisz i wysycenie na średnim poziomie. Gdyby nie wyraźnie wyczuwalny diacetyl odpowiedzialny za nieprzyjemną maślaność byłoby to, niekoniecznie mające wiele wspólnego ze świętami, ale całkiem przyjemnie wędzone piwo.

Świąteczny przegląd zakończył się bardzo przyjemną niespodzianką, jako że nie spodziewałem się, że to piwo z Gościszewa okaże się zarówno najsmaczniejszym z całej grupy, jak i najbardziej pasującym do moich oczekiwań. Piwa od dużych graczy nie zawiodły – oba nie były ani specjalnie ciekawe, ani szczególnie smaczne, ale to okocimskie okazało się lepsze z tych dwóch. Jurajskie było zbyt daleko ze swoimi smakami od piwa, a zawartość butelki z Widawy niestety dla mnie była nie do wypicia ze względu na zawartość diacetylu. O ile wcześniejsza przygoda z diacetylem w piwie z Widawy była całkiem przyjemna, to tym razem było to bardzo nieprzyjemne zestawienie smaków i zapachów.

Imperial IPA – Grand Champion 2013

Minął szósty grudnia, data dla wielu polskich piwoszy będąca prawdziwym świętem piwa – premiera Brackiego Grand Championa, czyli uwarzonego na dużą skalę w Browarze Zamkowym zwycięskiego piwa, best of show Konkursu Piw Domowych 2013. Tegoroczny zwycięzca to prawdziwe wyzwanie, zarówno dla konsumenta jak i dla piwowara. Imperial IPA to bardzo mocno chmielone i wysoce ekstraktywne piwo, więc niełatwe zarówno technologicznie jak i smakowo. Jakby tego było mało, to po raz pierwszy w historii warzenia Grand Championa w cieszyńskim browarze zastosowano chmielenie na zimno. Jest to też drugie w Polsce uwarzone piwo w tym stylu, pierwszym było doskonałe Imperium Atakuje z browaru Pinta.

Imperial IPA czyli „podkręcone” India Pale Ale to stosunkowo młody styl, wywodzący się z USA, gdzie najprawdopodobniej w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, powstały pierwsze komercyjne piwa będące bardziej alkoholowymi i mocniej nachmielonymi odmianami IPA. Nazwano je double lub imperial IPA czyli, stare, poczciwe IPA, ale „bardziej” pod każdym względem. Ustalenie pioniera, jak zwykle, nie jest łatwe, palma pierwszeństwa prawdopodobnie w równym stopniu przysługuje Johnowi Maierowi z browaru Rogue jak i Vinniemu Cilurzo z browaru Blind Pig. Obaj panowie w początku lat dziewięćdziesiątych uwarzyli pierwowzory tego stylu – co ciekawe, w przypadku Blind Pig głównym powodem uwarzenia takiego piwa był wysłużony sprzęt jakim w tym czasie dysponował ten browar – w piwach o bardzo intensywnym smaku i aromacie łatwo ukryć wszelkie wady procesu technologicznego. Pierwsze próby zostały przyjęte na tyle pozytywnie, że już w 2003 roku Great American Beer Festival uznał IIPA za pełnoprawny styl. Od tego czasu styl zyskiwał co raz bardziej na popularności.

Grand Champion 2013

Grand Champion 2013

Degustację tegorocznego Grand Championa opóźniłem sobie o jeden dzień ze względu na trudności zaopatrzeniowe. O ile samo piwo kupiłem bez większego problemu w moim ulubionym sklepie piwnym, to z dedykowanym szkłem był już większy problem. Na szczęście zdobyłem bardzo stylowego shakera w jednej z okolicznych Piwiarni Warki w sobotni poranek. Shaker jest niemal idealny – wykonany z dosyć dobrej jakości szkła, nie „plastikowego”, o nad wyraz dobrze dopasowanej pojemności amerykańskiej pinty, czyli 473 ml. Taka pojemność pozwala wlać zawartość niemal całej butelki bez przelewania osadu drożdżowego. Jedynego czego mu brakuje to graweru na dnie, który pozwalałby na równomierne uwalnianie gazu z piwa i podtrzymywanie piany.

Grand Champion 2013

Grand Champion 2013

Już po otwarciu butelki pojawia się wyraźny iglasto-owocowy zapach. Silnie ananasowe zapachy, nieco owocowych estrów, a w tle ciut słodowości i karmelowości. Piana skromna, biała, o dosyć drobnych i równomiernych pęcherzykach, zanika dosyć szybko do skromnej obrączki, delikatnie oklejającej szkło. Bardzo przyjemny, ciepły kolor ciemnego złota, nieco opalizujący. W smaku nad wyraz zrównoważone, początkowo słodowe i owocowe, nieco kleiste, by po chwili pojawiła się zdecydowana goryczka z delikatną żywicznością przy ciągłej obecności słodowo-owocowej podbudowy. Niestety, jest dosyć wyraźnie wyczuwalny alkohol, a goryczka wyraźna w finiszu, jest co prawda nie zalegająca, ale nieco szorstkawa, niezbyt przyjemna. Piwo jest zdecydowanie pełne, wręcz tęgie, a jednak ze stosunkowo lekkim finiszem. Słabo wysycone i tak naprawdę smakowo pijalne. Jednak przy takiej zawartości alkoholu (8,5%) dla mnie ta amerykańska pinta jest w zupełności wystarczającą objętością.

Według Grupy Żywiec już cała objętość piwa została sprzedana i wyjechała do sklepów i lokali, więc nie ma co czekać i warto kupić przynajmniej dwie butelki. Jedną do spożycia na świeżo, drugą do przeleżakowania. Mam nadzieję, że za parę miesięcy alkohol nieco bardziej się uleży i piwo będzie jeszcze przyjemniejsze.

Duch craft krąży nad Europą

Na razie tylko na jej północno-zachodnich rubieżach, ale już zdołał przekroczyć ocean.

Zeszły rok to poważna „afera” około-craftowa w USA. Amerykańskie Stowarzyszenie Piwowarów usiłowało ustalić ścisłą definicję tego, czym jest piwne rzemiosło. W trakcie dyskusji padały argumenty o konieczności ochrony konsumentów przed wielkimi browarami podszywającymi się pod rzemieślników. Bez takiej ochrony, konsument kierujący się w swoim wyborze kryterium craft, oszukany przez nieuczciwych marketingowców, sięgnie po produkt międzynarodowego koncernu, zamiast prawdziwie rzemieślniczy wytwór pracy piwowara.

Beer of choice (Blowfish.org)

Beer of choice (Blowfish.org)

To było rok temu. W tym roku okazało się, że amerykańscy piwowarzy spod znaku craft mieli rację! Brak odpowiednich przepisów, a w szczególności możliwość nazywania swojego piwa produktem rzemieślniczym bez uprzedniego zdobycia certyfikatu poświadczonego trzema pieczęciami, w tym jedną trójkątną, doprowadziła do prawdziwej katastrofy. Okazało się, że najpopularniejszym piwem w kolebce piwnej rewolucji i narodzin ruchu craft jest piwo warzone w browarze należącym do MillerCoors, drugiego gracza na amerykańskim rynku, Blue Moon. Co prawda w zacnym stylu, bo jest to witbier, ale jednak koncerniak pełną gębą, nie chce być inaczej. Niecne podszywanie się pod prawdziwe rzemiosło przez charakterystyczną oprawę i ukrywanie powinowactwa z przebrzydłym Miller Light, tego faktu nie zmieni. Nie ulega też wątpliwości, że gdyby nie te chwyty poniżej pasa, to piwo z któregoś z browarów rzemieślniczych zajęłoby pierwsze miejsce. Nie miałem niestety okazji pić tego piwa, ale jestem go bardzo ciekaw i na pewno spróbuję jeśli tylko nadarzy się ku temu okazja.

Najwyraźniej teraz i w Europie przyszła pora na batalię z koncernami o duszę, a przy okazji i portfel, konsumenta. Aby obronić klienta przed, nomen omen, nabijaniem w butelkę, piwowarzy z Brew Doga przygotowali cztery jasne i klarowne kryteria. W wolnym tłumaczeniu browar, który chce mienić się europejskim browarem rzemieślniczym musiałby być:

  1. Mały. Roczna produkcja nie może przekraczać 500.000 hl (patrz pkt. 3)
  2. Prawdziwy. Nie może rozcieńczać produkowanych piw (HGB) oraz stosować ryżu, kukurydzy ani żadnych innych dodatków osłabiających smak i obniżających koszty produkcji.
  3. Uczciwy. Na etykietach muszą być podane wszystkie składniki, jak i miejsce uwarzenia piwa. Żadne z piw danego browaru nie może być warzone poza browarami rzemieślniczymi.
  4. Niezależny. Nie więcej niż 20% udziałów może należeć do koncernu piwnego posiadającego browar nie spełniający warunków browaru rzemieślniczego.

Warunki jak warunki. Można się czepiać, czemu akurat 500.000 hl rocznie jest wielkością, powyżej której duch craft bezpowrotnie ulatuje z browaru. Można długo szukać listy dodatków, które jednoznacznie osłabiają smak i obniżają koszty. Swoją drogą, te same osoby, które przygotowały powyższe kryteria nie miały problemu w zastosowaniu kukurydzy w piwie uwarzonym w Filadelfii. Może jednak akurat ta kukurydza była wystarczająco rzemieślnicza, bo została zmielona na żarnach z, bodajże, XVIII wieku? Może wstawienie do browaru dowolnego, odpowiednio starego elementu podniesie obecność ducha craft do wystarczającego poziomu?

Wracając do tematu – autorzy kryteriów nie kryją powodu przygotowania tej listy, jak na prawdziwych rzemieślników przystało, uczciwie i w pełni niezależnie podają prawdziwy (aczkolwiek normalnym, nie małym, fontem) powód w trzech dosadnych słowach – Blue Fucking Moon. Więc to tutaj boli. Przyjdzie koncern, zrobi dobre piwo i zabierze kawałek tortu, który do tej pory niepodzielnie należał do „mikrusów”. Konsument niecnie oszukany przez marketingowców zejdzie na manowce i sięgnie po koncerniaka zamiast dzieło spracowanych rąk prawdziwego rzemieślnika. Procentowa zawartość ducha craft i prawo do jej podawania ma być głównym kryterium wyboru. Do tej pory była to pasja i odwaga do warzenia piw jakie lubią piwowarzy rzemieślnicy i przekonanie, że właśnie takie piwa będą kupowane przez ludzi szukających ciekawych smaków. Skoro jednak koncerny zorientowały się, że takie piwa stanowią coraz większy kawałek rynku i zaczęły się nim interesować to najwyższa pora, aby rozpocząć działania prewencyjne. Należy dać konsumentom możliwość łatwego wyboru między lepszym (rzemieślniczym) i gorszym (koncernowym).

Czym to się różni od tak wyśmiewanego kryterium pasteryzacji, które nie ma żadnego przełożenia na smak i jakość piwa? Które z warunków proponowanych przez Brew Dog gwarantują ciekawy smak i wysoką jakość piwa? Jeśli będę miał możliwość skosztowania piwa dobrej jakości jest mi serdecznie obojętne czy na rynek wypuścił je wielki, międzynarodowy koncern, czy maleńki browar rzemieślniczy. Zawsze podstawowym kryterium przy wyborze piwa będzie dla mnie jego smak.

Kegerator marzeniem każdego mężczyzny?

Ponoć każdy mężczyzna powinien wywiązać się z ogólnie znanych trzech obowiązków. Nie wiem czemu akurat tak ustalono tę listę i jaką satysfakcję sprawia odhaczanie kolejnych jej pozycji. Wiem natomiast, że niesamowitą satysfakcję sprawiło mi niedawno odhaczenie czegoś z listy obowiązkowej piwowara – uruchomienie kegeratora.

Z ilu butelek składa się beczka?

Moje domowe warki mają zwykle objętość około 20 litrów. Zlewając większość tej objętości w butelki o pojemności pół litra, jak nietrudno policzyć, potrzebuję około 40 butelek. Czystych i odkażonych butelek. Samo przygotowanie do butelkowania wymaga sporo czasu, ostrożne zlewanie piwa do 40 butelek i ich późniejsze kapslowanie, też swoje trwa. Rozwiązaniem jest wykorzystanie opakowania o zdecydowanie większej pojemności – beczki, często zwanej kegiem.
Piwo z beczki trzeba jednak w jakiś sposób wydostać i dobrze, aby trafiło do szkła odpowiednio schłodzone. Można to zrobić na różne sposoby – wypychać ręczną pompą, chłodzić przepływową schładziarką. Rozwiązaniem chyba najpopularniejszym jest zastosowanie dwutlenku węgla do wypchnięcia piwa z beczki w całości schłodzonej w lodówce. W takim właśnie sposób powstaje kegerator, czyli połączenie beczki (keg) z lodówką (refrigerator) i kilkoma drobiazgami jak wężyki, krany, etc.

Kegerator od środka.

Gdy już uda się przekonać domowników, że nowym meblem w mieszkaniu będzie dodatkowa lodówka, należy zacząć kompletować niezbędne elementy i narzędzia. Jeśli mamy wystarczające pokłady cierpliwości to droższe składniki warto upolować na allegro, w przeciwnym wypadku koszty mogą znacząco wzrosnąć.

Kegerator w środku

Kegerator w środku

Lodówka
Najważniejsze, aby pomieściła w sobie przynajmniej jedną beczkę wraz z butlą CO2. Jeśli wejdą dwie tym lepiej. Dobrze, aby była w miarę energooszczędna i pasowała do swego finalnego umiejscowienia – zmieściła się pod blatem w kuchni, schowała w kącie pokoju lub dumnie stała na samym jego środku. Na allegro ceny zaczynają się od 100 zł, obiecująco wyglądające egzemplarze to pułap powyżej 200 zł. Poza oczywistymi sprawami jak wymiary lodówki (wewnętrzne i zewnętrzne), warto zwrócić uwagę na wysokość zamontowania regulatora temperatury i wielkość wnęki na kompresor. Zamrażalnik zawadza.
Źródło dwutlenku węgla
Czyli najzwyklejsza butla CO2 o pojemności dostosowanej do planowanej intensywności użycia i miejsca zamontowania. Zastosowałem niewielką butlę mieszczącą ok. 1,5 kg gazu, bezproblemowo mieści się w lodówce na półeczce nad kompresorem i kosztowała niewiele ponad 100 zł.
Reduktor
Ciśnienie CO2 w butli to około 60 atm, dużo za wysokie, aby przydało się do wypchnięcia piwa z beczki. Należy je więc obniżyć i do tego służy właśnie reduktor. Dobrze, aby miał zamontowane ciśnieniomierze, a nie przepływomierze (obecne w najłatwiej dostępnych reduktorach spawalniczych). Udało mi się znaleźć nieużywany reduktor Corneliusa za nieco ponad 80 zł.

Krany

Krany

Kran
Element robiący duże wrażenie na osobach częstowanych piwem – dodaje znacząco więcej punktów do prestiżu niż nalanie piwa z butelki. W przypadku kupna używanych należy poświęcić nieco wysiłku na solidne czyszczenie, ale za to można je trafić w cenie około 50 zł za sztukę. Zamontowane bezpośrednio w drzwiach lodówki umożliwiają schłodzenie niemal całej instalacji co zmniejsza ryzyko zepsucia piwa.
Drobiazgi
Do tej kategorii należą takie rzeczy jak węże, uszczelki, szybkozłączki, etc. Można spróbować skompletować niemal cały zestaw w sklepach budowlanych lub poszukać dedykowanych rozwiązań. Wbrew pozorom może to być dosyć długotrwałe zajęcie, ze względu na mnogość norm określających rodzaje gwintów.
Kolumna
Element opcjonalny, w warunkach domowych nawet niezalecany ze względu na wymóg schładzania wnętrza kolumny.
Beczki

Beczki

Beczki
Co prawda na końcu listy, ale budowa kegeratora bez beczek nie ma wielkiego sensu. W zależności od potrzeb można zastosować standardowe kegi stosowane przez browary lub skorzystać z tzw. corneliusów, które mają niemal idealną objętość (blisko 19 litrów), są łatwe w czyszczeniu i stosunkowo łatwo dostępne. Zwykle wystawiane na allegro za 150 zł, ale trafiają się też ceny niewiele przekraczające 100 zł. Mogą występować z różnymi rodzajami zaworów, jednak najpopularniejsze są kegi „po pepsi” z zaworami typu ball-lock (szybkozłączka blokowana na zaworze metalowymi kuleczkami).
Zajęcia praktyczno-techniczne.

Gdy już uda się skompletować wszystkie elementy pozostaje połączyć je w jedną funkcjonującą całość. Na szczęście, nie wymaga to ani szczególnych umiejętności, ani wiedzy tajemnej.

Otwory na krany

Otwory na krany

Przygotowanie lodówki ogranicza się w zasadzie do usunięcia zbędnej zawartości – półek, szuflad. Potem w drzwiach wiercimy otwory na kran(y) – otwornica do metalu zaskakująco łatwo rozprawia się z blachą i warstwą izolacyjną. Poszerzamy otwory od strony wewnętrznej tak, aby móc zamocować krany. Jako, że blacha jest dosyć cienka to warto ją od wewnątrz wzmocnić cienką deseczką. Mój egzemplarz na frontowej ściance ma przymocowaną sklejkę o grubości 4 mm co wystarczająco usztywniło mocowanie kranów.

Instalacja gazowa to butla CO2 z dokręconym reduktorem, wężyk nasadzony na króciec reduktora i uszczelniony metalowym zaciskiem. I tyle by wystarczyło, gdyby nie to, że zachciało mi się dwóch beczek w lodówce. Wężyk jest więc połączony z trójnikiem, który pozwala rozdzielić gaz na dwie beczki. Z beczek z kolei odchodzą dwa węże piwne podłączone do kranów. Trójnik, podłączenia do kranów to szybkozłączki John Guest. Rzecz jasna warto sprawdzić szczelność wszystkich gazowych połączeń (piwne sprawdzą się same) smarując je wodą z jakimś detergentem. Pozwoli to uniknąć przykrej niespodzianki w postaci pustej butli z gazem po paru dniach od zmontowania instalacji.

Finis coronat opus czyli it’s alive!
Pierwsze testy

Pierwsze testy

Po pierwszych testach, najlepiej w nieco liczniejszym towarzystwie, aby zapewnić odpowiednio duże obciążenie instalacji, pozostaje już tylko praca nad estetyką. Widziałem zarówno zdjęcia standardowych lodówek z przymocowanymi kranami, jak i prawdziwe arcydzieła – bary obite drewnem, z marmurowymi blatami, błyszczącymi ociekaczami i podświetleniem kranów.

Nie udało mi się niestety uniknąć kilku pomyłek w fazie projektu. Najbardziej uciążliwą jest zastosowanie pojedynczego reduktora i prostego trójnika rozdzielającego gaz na dwie beczki. W ten sposób nie mam możliwości podawania gazu pod różnym ciśnieniem w zależności od zawartości beczki. W tej chwili w beczkach mam witbiera i bittera. Pierwsze to piwo mocno nagazowane, drugie jest na drugim końcu skali – dla niektórych osób może wręcz sprawiać wrażenie odgazowanego. Przez to gaz do beczki z bitterem podłączam tylko na czas wyszynku, aby uniknąć wyrównania ciśnień między beczkami i przegazowania bittera. Odrobinę żałuję również braku cierpliwości w polowaniu na lodówkę, przez co mam egzemplarz z nisko zamocowanym regulatorem temperatury. W efekcie beczki wstawione są „na styk” i tracę nieco miejsca, które mogło być wykorzystane na chłodzenie butelek.

Kegerator w całej okazałości

Kegerator w całej okazałości

Koszt inwestycji to kilka wieczorów poświęconych na adaptację lodówki, montaż instalacji i estetykę. Do tego sporo czasu na poszukiwanie i zakup poszczególnych elementów. Nakłady finansowe to około 800 zł wliczając w to koszty przesyłek, ale bez kosztu beczek. Podejrzewam, że przy nieco większej cierpliwości i polowaniu na okazyjne oferty na allegro da się ten koszt zmniejszyć o jakieś 100-150 zł.

Mimo tych pomyłek i przekroczenia zaplanowanego budżetu jestem bardzo zadowolony ze swojego dzieła – nalanie piwa z kranu sprawia niesamowitą frajdę i znacząco podnosi szacun na dzielni. Praktyczne zalety to krótki czas zlewania piwa po fermentacji i eliminacja problemu eksplodujących butelek na wypadek przegazowania piwa.